| |

Dziś mamy:
sobotę,
19-05-2012, a do końca roku pozostało:
227
dni,
imieniny: Piotra, Kryspina
 
|
|
|
|
|
Relacja z wyjazdu do Rumunii - lipiec 2011
|
PONIEDZIAŁEK 4 lipca 2011 roku
Punktualnie o 8:38 wyruszamy na wyprawę życia. Samochód zatankowany do pełna, zapakowany po dach, a przed nami kilka tysięcy kilometrów do przejechania, mnóstwo atrakcji i niezapomnianych widoków. Przed godziną 12 dojeżdżamy do Konina i poznajemy Izę i Zbyszka, a przed 15 spotykamy się z Marylą i Markiem. Razem jedziemy do Zakopanego spotkać się z resztą grupy i przenocować. Wieczorem poznajemy Patrycję i Michała i dzięki uprzejmości jego rodziców nocujemy u nich w PENSJONACIE.
Apartament śliczny, a z pokoju dzieci widok na Kasprowy Wierch i Giewont jednocześnie. Osobiście mogłabym już nigdzie nie jechać tylko siedzieć na balkonie, podziwiać widoki, czytać książki i odpoczywać, ale mąż za mocno płakałby za mną więc musiałam pojechać. Po małej wieczornej integracji i poznaniu Darka, Rysia i Kamila poszliśmy spać, bo o 5:30 wyjazd.
WTOREK 5 lipca 2011 roku
Dla normalnego człowieka godzina 5:30 to „teksańska masakra piłą mechaniczną”, ale dla twardzieli ;-) idealna pora na zbiórkę do wyjazdu. Skoro świt poznajemy Martę z Majką oraz Piotra z Danusią i córką. Razem 7 aut i 18 osób zwartych i gotowych do podróży. Szybko wyruszamy na Słowację bo w planach przerwa relaksacyjna na Węgrzech.
W strefie wypoczynkowej Miszkolca szalejemy w Termal Barlangfurdo. Rwąca rzeka, pływanie w jaskiniach, jacuzzi, zjeżdżalnie dla dzieci były idealnym przerywnikiem przed długą podróżą. Wieczorem przekraczamy granicę z Rumunią i nocujemy na campingu w okolicach miejscowości Oradea.
ŚRODA 6 lipca 2011 roku
Po wyjeździe z campigu dla „ułatwienia” wybieramy boczne drogi. Kilkadziesiąt kilometrów jedziemy przez wioski i wioseczki, wśród pól i łąk, szutrów i kałuż, uważając aby nie potrącić chodzące a czasem biegające między autami kury, kaczki, psy, konie, krowy, owce i Bóg wie co jeszcze. Po drodze oglądamy piękną starą drewnianą cerkiew i docieramy do Jaskini Niedźwiedzia (rum. Pestera Ursilor). Po godzinnym zwiedzaniu z przewodnikiem (niestety po rumuńsku) wyjeżdżamy w góry na teren Parcul National Padis. Zanim wjechaliśmy na tereny chronione sprawdziliśmy co można, a czego nie w siedzibie zarządu parku po czym na legalu, bez żadnych obaw jeździmy samochodami po zalesionych górach podziwiając widoki. Drogi są kręte, trudne, mają mnóstwo odbić i wspinają się bardzo wysoko. To wszystko powoduje, że zastaje nas wieczór i nocujemy na wysokości 1280 m n.p.m w miejscowości MATISESTI na podwórku u miejscowego gospodarza. Nie licząc hałasu szczekających psów wydzierającego się po nocy pasterza i krowy złodziejki nocleg jest OK.
CZWARTEK 7 lipca 2011 roku
Rano zwijamy obóz i jedziemy dalej. Trochę drogami głównymi, a trochę szuterkami ;-)) jedziemy przez góry trasą Matisesti, Horea, Albac, Vadu Motiloru, Lupsa, Baja de Aries, Sartas, Brazesti, Salciua de Jos, Lunca Ariesuli, Ocolis, Lungesti, Valisoara, Poiana Aidului, Aiud itd. Generalnie wiemy gdzie jedziemy, ale kilka razy błądzimy i zastaje nas noc. Śpimy na łące blisko strumienia na wysokości 700 m n.p.m. w bardzo malowniczym miejscu.
Plan na kolejny dzień omawiamy przy ognisku
PIĄTEK 8 lipca 2011 roku
Cel na piątek to największy i najpiękniejszy zamek w Rumunii – Zamek Korwina (rum. Castelul Corvinilor) w miejscowości Hunedoara. Na miejscu okazuje się, że zamek jest naprawdę wielki pod każdą postacią, piękny i dobrze zachowany – ochoczo zabieramy się za zwiedzanie. Po „liźnięciu” kultury wracamy na szutrowe i dziurawe drogi w północnej części gór Sureanu gdzie docieramy między innymi do schroniska Cabana Prislop. Wytrzęsieni i wymordowani 40 stopniowym upałem dojeżdżamy do pensjonatu U Bogdana – pasjonata off roadu i właściciela ślicznej „zmoty” - i nareszcie jest ciepła woda i spanie w łóżku mmmmm...... Do wjazdu na TRANSALPINĘ dzielą nas już naprawdę metry.
SOBOTA 9 lipca 2011 roku
Wcześnie rano zbieramy graty i wyruszamy – kierunek Transalpina. Jedziemy kolumną grzecznie po „szuterkach”, w pewnym momencie „cingciang” (czytaj ssangyong) Piotra postanowił pozbyć się zbędnych części aby się trochę odciążyć - padło na tłumik, no cóż zrobić. Po krótkim pożegnaniu i pamiątkowej fotce pozostawionej w rowie części ruszamy dalej. Niestety pech nas nie opuszcza. Przy ostrym hamowaniu Michałowi pęka wężyk hamulcowy i jest duży problem bo jest sobota ok. 13 i za chwilkę wszystkie warsztaty pozamykają. Musimy zmienić plany, chłopaki prowizorycznie zaślepiają uszkodzony wężyk i jedziemy do miasteczka Petrosani w poszukiwaniu mechanika. Dzięki uprzejmości lokalnego taksówkarza, który oprowadził nas chyba po wszystkich miejscowych zakładach mechanicznych znajdujemy warsztat, który robi co może aby „disko” Michała przejechało wolno i bezpiecznie Transalpinę, nie chcąc zupełnie nic w zamian, podobnie zresztą jak taksówkarz. Na pocieszenie kupujemy arbuzy na targu i wracamy na trasę. Po drodze robimy krótki postój na jedzonko nad malowniczym strumieniem i tu kolejny pech. Michał zjeżdżając nad strumyk urywa tłumik – normalnie tłumikowa masakra. Nie patrząc na dzisiejsze fatum wjeżdżamy w końcu na najpiękniejszą część Transalpiny. Jazda samochodem na wysokości 2000 m n.p.m (dla przykładu Morskie Oko położone jest na wysokości 1395 m n.p.m.), serpentyny, zakręty, agrafki, podjazdy, zjazdy a wszystko to bez barierek zabezpieczających robi ogromne wrażenie. Gdzie nie spojrzysz tylko góry, skały, przepaście i powoli zachodzące słońce. Przełęcz Urdele jest po prostu przepiękna i cudowna. Nocujemy na przedmieściach miasteczka Polovragi nad strumieniem, nasza „tojka” pobrykała w nim trochę co by zmyć masy kurzu, zjedliśmy grillowane co nie co – taki mały popasik i podziwialiśmy stada latających wszędzie świetlików.
NIEDZIELA 10 lipca 2011 roku
Cała niedziela upływa nam na terenowej jeździe. Jedna trasa z Polovragi do Valea Macesului przebiega przez przełęcz Oltetuluii i wielokrotnie przecina strumień wzdłuż którego jedziemy. Trasa jest trudna, ale bardzo urokliwa i biegnie na wysokości ok. 1300 m n.p.m. Druga trasa z Voineasa do Sadu również biegnie po wysokich górach, ale ze względu na opady deszczu jest dużo bardziej trudna i musimy trochę kluczyć aby utrzymać kurs. Cali i zdrowi docieramy na camping w Cisnadioara, który prowadzony jest przez sympatyczną parę Niemców z przepięknym widokiem na Monastyr na pobliskim wzgórzu.
PONIEDZIAŁEK 11 lipca 2011 roku
Od rana Michał naprawia auto w Sybiu, a my zwiedzamy miasteczko. Piękna starówka, cerkiew katedralna, gotyckie kamieniczki – wszystko ślicznie odrestaurowane – nie dziwi więc, że w 2007 roku Sybin (rum. Sibiu) dzierżył tytuł Miasta Światowego Dziedzictwa Kulturowego. Po krótkim obiadku na rynku ruszamy na jedną z najpiękniejszych tras samochodowych w Europie – przed nami Szosa Transfogaraska. Droga mierzy 151 km i leniwie wije się, aż do 2034 m n.p.m. Po drodze mijamy wiadukty, tunele i niezliczoną liczbę zakrętów. Rozmach szalonego pomysłu Nicolae Ceausescu zapiera dech w piersiach. Nocujemy w pensjonacie w pobliżu ruin Zamku Drakuli.
WTOREK 12 lipca 2011 roku
Po śniadaniu pełni werwy zaczynamy wspinaczkę do Zamku Drakuli. Przed nami 1480 schodów – czyli bóle mięśni, zmęczenie, pragnienie itp. Widok z góry jest niesamowity i wynagradza wszystkie męki i bóle. Ruiny jak i krajobraz dookoła fantastyczny. Jeszcze tylko 1480 schodów w dół i jedziemy dalej – kierunek „plaża”. Po drodze postanowiliśmy wstąpić do Bukaresztu. Z powodu braku czasu nie zwiedzamy miasta, ale nie możemy sobie odmówić przejazdu PIATA UNIRII od fontanny, aż do Pałacu Parlamentu, który objechaliśmy dookoła. Na własne oczy przekonaliśmy się, dlaczego siedziba parlamentu jest jedną z największych budowli świata – 360 tys. m2 budowało 20 tys. robotników – robi kolosalne wrażenie. Spieszymy się bardzo bo do wieczora chcemy dojechać nad Morze Czarne. Po długich poszukiwaniach znajdujemy wymarzone miejsce na kilkudniowy odpoczynek. Śpimy w drewnianych domkach niedaleko morza w miejscowości Olimp.
ŚRODA 13 lipca 2011 roku
Od rana tylko morze, plaża, opalanie, lenistwo, kąpiel, piwko, drinki ............................normalnie sam miód i nic nie robienie - rewelacja. We mnie odzywa się syndrom dzieciństwa i jak szalone z Majką zbieramy prześliczne muszle. Wydawało mi się, że słońce słabo opala i postanowiłam się nie smarować olejkami. Efekt „flagi narodowej” był widoczny wieczorem (a właściwie jest do dzisiaj ;-)) i postawił na najwyższe obroty „pana smarowacza” zwanego mężem. Wieczorem po raz pierwszy od kilku dni był totalny luz, bez planowania i dyskusji – miał się skończyć „totalnym sponiewieraniem” ale nie wszyscy wytrzymali.
Rumuńskie wina są bardzo dobre, piwko zresztą też.
CZWARTEK 14 lipca 2011 roku
Od rana wszyscy jesteśmy „obrażeni” na słońce i postanawiamy jechać na zwiedzanie Constanty. Pierwsze odwiedzamy Delfinarium. Chyba z powodu wysokiej temperatury foka się „obraża” i poza pływaniem nie chce nic pokazać, mini zoo jest naprawdę mini. Wszystkich uspokaja drzemka w planetarium (taki jest efekt patrzenia w ciemnościach na gwiazdy w półleżącej pozycji). Z uśmiechem postanawiamy, że jak delfiny nie rzucą nas na kolana to idziemy po zwrot kasy za bilety ;-)). I tu niespodzianka. Delfiny były fantastyczne – machały płetwami, kręciły się i skakały. Pokaz był naprawdę efektowny. Po regionalnym obiadku przyszedł czas na kulturę. Zwiedzamy Meczet Mahmuda II, Kościół św. Antoniego, Katedrę Prawosławną oraz Cerkiew. Na promenadzie nadmorskiej wrażenie robi budynek starego kasyna – niestety niszczejący. Cóż, to już ostatni nasz dzień nad morzem, rano czas do domu bo do przejechania mamy 2000 km.
PIĄTEK 15 lipca 2011 roku
Punktualnie o 10:00 ruszamy sami do domu (reszta grupy jedzie na Ukrainę lub zostaje nad morzem). Chcemy dojechać do granicy z Węgrami, ale niestety stanie pod Bukaresztem w godzinnym korku, a potem jeszcze 2 godziny pod Calimanesti zmusza nas do nocowania pod Sibiu gdzie ponownie witają nas znajomi właściciele campingu.
SOBOTA 16 lipca 2011 roku
Od 7:00 ponownie ruszamy w trasę do domu. Droga idzie dosyć sprawnie i po 19:00 jesteśmy w Zakopanem. Podejmujemy szybką decyzję, że nie nocujemy tylko jedziemy dalej. O 4:20 w niedzielę nad ranem kładziemy się w końcu do swoich łóżek. Wycieczka zakończona.
Podsumowując:
Zrobilismy 4 625 kilometrów i zobaczyliśmy tyle, aby być pewnym tego, że do Rumunii napewno jeszcze wrócimy.
A to co poniżej plus miejscowe sery naprawdę polecamy:
Mamy plan na następne wakacje, ale o tym na razie sza!!!!!
|
|
|
|